Zielony sposób na blue monday - planowanie na nowy sezon.

Najbardziej depresyjny dzień w roku - to dziś. Może faktycznie coś w tym jest, ciemno, zimno, męczy katar albo drapie gardło, człowiek szuka sensu swojego istnienia i jakoś nie może go znaleźć. Ok, mnie też dziś dopadł blue monday. Ale, ale! Jeśli dziś ma być najsmutniej to oznacza tylko to, że... Od teraz będzie już tylko lepiej! Jaśniej, cieplej, weselej, łatwiej.



Od tygodnia kiblujmy w domu z zakatarzoną mała Rysią, ona jeszcze nie wie ile ogrodowej radości czeka nas za kilka miesięcy. Najlepsze jest to, że na wiosnę przypada czas rozszerzania diety mojej bobaski. Co za radość dla matki ogrodniczki i takie wyzwanie! Nie dość, że organizacyjne, bo z takim szkrabem w domu trzeba wykorzystać w 100% produktywnie wolne chwile, to i jakościowo trzeba sprostać kształtującemu się podniebieniu małego smakosza. Tak więc nie wiem jeszcze jak to zrobię, ale w tym roku każda jadalna roślinka w moim ogrodzie ma być 100% moja, zero kupnych sadzonek, będziemy je mieć na oku już od nasiona.

Mam już przygotowaną listę, czeka w internetowym koszyku pewnej firmy zajmującej się produkcją nasion na dzień, w którym stwierdzę, że jest już na pewno zamknięta i najwyższy czas je kupować. Mam też w planach nabycie drewnianego regału, który posłuży do produkcji rozsady, a któremu miejsce już znalazłam - ku uciesze męża - w salonie. Niestety, ale to właśnie w salonie głównie ostatnio toczy się moje życie, więc żeby móc sadzonek na co dzień doglądać muszę je mieć dosłownie na wyciągnięcie ręki. Kontynuuję więc planowanie, bo najlepsze do tego są poniedziałki. Przygotowałam sobie nawet z tej okazji ogrodniczkowy długopis. Owocnego planowania również dla Was!



Komentarze