W zeszłym roku próbowałam swoich sił w hodowli arbuzów w przydomowym ogródku. Niestety jak praktycznie wszystkie zeszłoroczne plany ogrodnicze i ten spełz na niczym, około czerwca pojawił się jeden mini arbuz, który został zjedzony przez dwa żarłoczne, włochate, czworonożne potwory w okolicach lipca. Wielkością, na swoje i moje nieszczęście, za bardzo przypominał piłkę tenisową… Wierzę tylko, że musiał być bardzo smaczny, ponieważ środek był soczyście czerwony, a po arbuziku nie została nawet skórka. Potwory przeżyły, zadowolone ze zdobyczy i zabawy. W tym roku chyba będę je razić prądem, jeśli tylko będą zbliżać się w okolice arbuzowej grządki. Albo kupię im dużo piłek.
W tym sezonie moje plany są oczywiście o wiele bardziej ambitne. Zaczęłam od szybszego wysiania arbuzów, zwanych też kawonami. Na dzień dzisiejszy prezentują się już dość dobrze, są zdrowe i okazałe. Niestety musiały ustąpić miejsca w mini szklarni, w której bardzo dobrze im się powodziło, niedołężnym w tym roku sadzonkom pomidorów. Ale po jakimś tygodniu nie wyglądają na takie, którym miałoby to zaszkodzić. Jestem dobrej myśli. Własnych sadzonek mam 7 sztuk, jeszcze cztery próbuję wykiełkować – na razie pojawiły się tylko dwie roślinki. Wybrałam trzy rodzaje kawonów, oczywiście już nie pamiętam jak się nazywały. Wiem tylko, że jedne mają mieć owoce okrągłe z czerwonym miąższem, drugi rodzaj to owoce trochę bardziej podłużne z miąższem raczej różowym (tak przynajmniej kojarzę ze zdjęcia poglądowego na opakowaniu nasion), a trzeci to owoce o miąższu żółtym. Liczę, że wszystkich uda się spróbować.
W swoim pseudoogrodnictwie wychodzę z założenia, że we własnym ogródku chciałabym mieć warzywa i owoce jak najbardziej naturalne. Więc jak do tej pory kawony nie są niczym wspomagane, rosną tylko na ziemi do wysiewu i wodzie ze zbiornika na deszczówkę.
Byleby do maja! :)
Komentarze
Prześlij komentarz