O nieprofesjonalnej hodowli pomidorów od nasion.


Co roku moje ogrodnicze zapędy, mimo wielu niepowodzeń, są coraz większe i ambitniejsze. To dopiero mój drugi sezon z własnym prawdziwym kawałkiem ziemi pod niebieskiem niebem, na którym mogę sadzić co mi się podoba. Dziś będzie o pomidorach. Wcześniejsze hodowle sprowadzały się do uprawy pojemnikowej na balkonie. Zaprezentuję mój największy i najlepszy balkonowy projekt, którym ze względu na przeprowadzkę pocieszyłam się tylko jeden sezon. Ale nie ma tego złego, bo była to przeprowadzka związana z najprawdziwszym ogródkiem w którym działam dziś.


Jako ogrodniczka nieprofesjonalna działam co roku mam wrażenie dosyć chaotycznie, ale takie ogrodnictwo sprawia mi radość i nie wiem czy kiedyś stanę się bardziej zorganizowana. Najczęściej skutkuje to niestety tym, że moje rośliny są niedopielęgnowane czy za późno wysiane. Staram się jak mogę, ale życie swoje. Z pomidorami w tym roku było podobnie. Wysiałam je dość późno, pod koniec marca, i zostawiłam samym sobie. Rosły powoli, każdy jeden z wyglądu przypominał wiotką rzeżuchę. Zajęta jakimiś innymi „ważnymi”m sprawami nie poświęcałam im czasu. Ale w końcu nadszedł ten dzień, pewnie świeciło wtedy słońce, które przypomniało mi o ogrodniczych zapędach. Spojrzałam na moje sadzonki i niestety porównałam je z innymi, które znalazłam w Internecie. Oczami wyobraźni widziałam już siebie szukającą w maju dorodnych pomidorowych sadzonek na jakimś targu i żegnąjącą się z moimi rzeżuchami.

Jednak postanowiłam walczyć! Po pierwsze moje pomidory zdecydowanie potrzebowały przeniesienia w cieplejsze i bardziej nasłonecznione miejsce. Takim jest w moim domu tylko jedno tarasowe okno. Na tym oknie do tej pory stały, wygrzewając się w miniszklarni, sadzonki arbuzów (którym jakimś cudem zagwarantowałam o wiele lepsze warunki). Arbuzy wyglądały już na porządnie wyrośnięte, więc bez większego namysłu postanowiłam, że teraz czas na inkubowanie pomidorów.


Kuracja w mini szklarni, którą nazwałam sadzonkowym inkubatorem bardzo pomogła pomidorkom. Dużo słońca, odpowiednia wilgotność i temperatura zdziałały cuda. „Rzeżuchy” bardzo się wzmocniły i podrosły w dosłownie kilka tygodni. Dla mnie oznaczało to jedno – nie ma sytuacji bez wyjścia i ogrodnik się szybko nie poddaje. Po 15 maja i kilku dniach hartowania na dworzu sadzonki były gotowe do posadzenia na grządce.




I tak sobie rosną, mimo niezbyt sprzyjających im warunków w moim warzywniczku. Nie dość, że pogoda płata figle z niskimi temperaturami to jeszcze na codzień muszą radzić sobie z wiatrem, któy od pola hula u nas prawie codziennie. Mimo to rosną, kwitną i zaczynają owocować, a ja mam nadzieję, że już niedługo będę mogła pochwalić się dorodnymi pomidorowymi krzakami.





Komentarze